Historia kościoła

Kościół w tym stanie, w jakim jest obecnie, został wybudowany i wyposażony w latach 1948-1950. Od rozpoczęcia budowy do poświęcenia 6 sierpnia 1950 r. przez Księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia upłynęło dokładnie 26 miesięcy. Warto w tym miejscu odnieść się z uczuciami wdzięczności do ówczesnych Parafian (ludzi biednych, wyniszczonych przez wojnę, bo przecież Stara Miłosna w większości była spalona), którzy pod kierunkiem Ks. Stanisława Witkowskiego (proboszcza tutejszej Parafii w latach 1947-1955) zbudowali świątynię, zostawiając nam w spadku obiekt, który słusznie może być dumą naszej społeczności. Nie jest tajemnicą, że to właśnie ten nasz kościółek, a nie co innego, przyciągał do Starej Miłosny licznych sobotnio-niedzielnych leśnych wędrowców i wycieczkowiczów zwiedzających podwarszawskie osobliwości.
Powiedziano wyżej, że kościół „wybudowano". Nie jest to jednak określenie ścisłe. Rzecz bowiem miała się tak. W czasie działań wojennych spłonął kościół-kaplica wzniesiony z drewna na skarpie przy szosie terespolskiej, tam gdzie dziś znajduje się cmentarz grzebalny. Nabożeństwa tymczasowo odprawiano więc na plebanii, w dużym pokoju przerobionym na kaplicę. O pozwoleniu na budowę nowego kościoła nie było mowy. Wszystkie starania u ówczesnych decydentów spotykały się z ich zdecydowanym sprzeciwem. Ks. Witkowski wpadł wówczas na genialny pomysł, żeby przenieść do Starej Miłosnej kościółek stojący bezużytecznie, obok barokowej świątyni, w Rokitnie koło Błonia. I na takie rozwiązanie panowie z UB zgodzili się, bo statystycznie liczba obiektów sakralnych nie powiększyła się. Kościół przenoszono, nowego nie budowano.
Rokitnianom - jako się rzekło - drewniany kościółek nie był już po wojnie potrzebny. I tu musimy cofnąć się w czasie nieco dalej. W dniach 12-19 października 1914 roku jedna z najpiękniejszych barokowych świątyń Mazowsza (według projektu Tomasza Bellottiego), znajdująca się w Rokitnie, legła w gruzach. Znalazła się bowiem w samym środku działań frontowych. Gdy skończyła się I wojna światowa Rokitnianie widząc, że podniesienie do fundamentów zbombardowanej świątyni potrwa czas jakiś, zbudowali sobie ad hoc - na tymczasem, obok sterty gruzów, prowizoryczną, ale okazałych rozmiarów kaplicę do bieżącej służby Bożej. W międzyczasie, przez lata powojenne, dzielnie podnosili z ruin swą zabytkową świątynię, którą ich praojcowie budowali przez 99 lat (budowę w 1698 r. rozpoczął biskup poznański Mikołaj Święcicki, a zakończył w 1797 r. biskup płocki Onufry Szembek), a oni sami i ich ojcowie na przełomie XIX/XX wieku gruntownie przebudowali, wyremontowali i ozdobili. Już w 1931 roku biskup warszawski Stanisław Gall mógł poświęcić nowodobudowaną (przez 13 lat) świątynię, tym razem pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP, bo przedtem była dedykowana św.Jakubowi. Przez lata całe obok podniesionej ze zniszczeń nowej świątyni, w jej bezpośrednim sąsiedztwie (5-6 m) stał w dalszym ciągu prowizoryczny kościółek. Stał, właściwie już niepotrzebny, trochę jak magazyn, trochę jako sala zebrań, trochę z sentymentu, bo przez 15 lat służył przecież jako dom Boży. Parę razy zamierzano przystąpić do rozbiórki, bo nawet szpecił i zawalał otoczenie, a już wcale nie pasował do przepysznej barokowej architektury właściwej świątyni. A jednak jakoś dziwnie dalej stał; stał tak przez lata 1931 -1939, stał przez Il-gą wojnę i jeszcze trzy lata po niej. Opatrzność nam go zachowała. Wiedziała bowiem, że będzie potrzebny dla Starej Miłosny.
„W niedzielę - wspomina uczestnik tamtej historycznej wyprawy p. Józef Czwarnóg - pojechaliśmy po sumie w 42 wozy, a wróciliśmy we wtorek na południe. Nie pamiętam dokładnie daty. Wtedy koniczynę się kosiło, więc musiał to być czerwiec. Na nocleg zajechaliśmy do Rokitna, a w poniedziałek z rana zabraliśmy się do ładowania. Wcześniej inni staromiłośniacy kościół rozebrali. Cały dzień nam zeszło. Pamiętam byli: Konstanty Witan ze Szkopówki, Józef Kowalski jechał ze mną. Był też Bronek Rączka, Józef Możdżyński, Jan Ranicki, Roman Dowiat, Józef Pająk. Całymi organizatorami, oprócz księdza, byli: Jan Nowak, Józef Krawczyk i Aleksander Bieńkowski. Pojechaliśmy w pojedyncze konie. Wozy konne miafy wtedy koła na obręczach. Pamiętam, w poniedziałek na noc wyjechaliśmy z Rokitna. Jak się rozwidniało to przejeżdżaliśmy przez Warszawę. Naród był wtedy zegrany, nie to, co teraz."
I tak oto w któryś czerwcowy wtorek roku 1948 zaprzęgi konne w liczbie 42, w tym 4 z blachą, dotarły z częściami rokitniańskiego kościoła do Starej Miłosny. Z przywiezionego budulca znaczną część odrzucono, jako nienadający się (niektóre relacje mówią, że wykorzystano głównie duże bale, a większość desek była nieużyteczna, jeśli ich użyto, to i tak za parę lat uległy wymianie). Na nowym miejscu wzniesiono budowlę identyczną w gabarytach i architekturze, jak ta, która była w Rokitnie. Niezależnie od tego ile włożono nowego budulca, powszechnie przyjmowano, że kościół został przeniesiony, że na nowym miejscu został ponownie zestawiony. W pierwszym okresie kościół był wewnątrz tynkowany, na ścianie prezbiterium miał bogatą polichromię, której centrum zajmowała postać Zbawiciela z otwartym sercem, zgodnie z wezwaniem i tytułem Parafii. Szalunek wewnętrzny, zachowany do dziś, świątynia zyskała w latach późniejszych. Podobnie i późniejszym dziełem jest dach gontowy i okazała wieżyczka. Jako ciekawostkę warto przypomnieć i to, że pierwszą instalację elektryczną w świątyni zakładali więźniowie niemieccy, pozostali jako jeńcy wojenni.
W kilka miesięcy po poświęceniu i oddaniu kościoła dla celów kultu ukazała się notatka nieznanego autora w czasopiśmie „Kółko Różańcowe". Oto jej treść:
„Innego dnia wsiadłem w autobus i pojechałem do Starej Miłosny pod Warszawą. Już z dala - od szosy -widać kościółek o pięknych liniach, pośród sosen. Na cmentarz kościelny wiodą szerokie tarasowe schody z polnego kamienia. Zgrabna wieżyczka dodaje uroku kościółkowi. Kruchta od kościoła oddzielona jest kowaną kratą żelazną. Każdy może wejść i w ciszy pomodlić się w uroczym wnętrzu. Byłem zdumiony tym, co zobaczyłem. Cały kościółek w środku wygląda jak bajka. Całość robi wrażenie bombonierki, pięknego pudełeczka, w którym wszystko ułożono harmonijnie. Naokoło kościółka ręcznie kute, stylowe latarnie. Wieczorem kościół oświetlony robi wrażenie zaczarowanego widma"
autor: Ks. Jerzy Banak

W nocy, 22 stycznia 2006 r. wybuchł pożar. Ogień szalał we wnętrzu kruchty, ale żar i dym opanowały całą nawę. Dzięki przeciwpożarowej instalacji alarmowej szybko podjęto działania. Oddziały straży pożarnej ze Starej Miłosnej, Wesołej i Radości uratowały kościół. Niestety, zniszczenia we wnętrzu były ogromne.
Najbardziej ucierpiała kruchta. Całkowicie spłonęła boazeria na ścianach oraz deskowanie stropu, okienka, drzwi, a także częściowo deskowanie zewnętrzne ściany frontowej, niektóre belki konstrukcyjne daszku kruchty i znaczna część gontu. Widok był przerażający. Po akcji gaśniczej wszystko było pokryte zamarzniętą wodą zmieszaną z sadzą i fragmentami spalonych, oderwanych desek. Okazało się, że wymienić należy prawie całą boazerię na ścianach, deskowanie stropu, drewnianą podłogę, a nawet słupy pod chórem i balustradę chóru. Praktycznie całe ruchome wyposażenie kościoła (obrazy, rzeźby, ławki, organy) uległo całkowitemu zniszczeniu.Za cud możemy uznać ocalenie figury Chrystusa z ołtarza głównego - wykonanej z drewna nasączonego woskiem!
3 lutego 2006r. z inicjatywy księdza proboszcza powstał Społeczny Komitet Odbudowy Kościoła. Miał on pomóc w organizowaniu środków finansowych na prace remontowe, w załatwianiu niezbędnych formalności, planowaniu i nadzorowaniu prac remontowych. Na czele komitetu, jako jego honorowy przewodniczący stanął ks. arcybiskup Sławoj Leszek Głódź.
Pierwsze prace polegały na oczyszczeniu wnętrza kościoła oraz usunięciu zwęglonych elementów: desek podłogi, boazerii oraz kasetonów i deskowania sufitu. W tym momencie na światło dzienne wyszły malowidła ścienne - pozostałości dawnego wystroju wnętrza kościoła. Stary tynk na trzcinie prawie nie ucierpiał podczas pożaru. Malowidła były przysłonięte papierem, na którym zamontowano boazerię. Dzięki temu sadza, która wniknęła między deski osiadła na powierzchni papieru i dalej nie zdołała się przedostać. Pani Ewa Nekanda-Trepka, Stołeczny Konserwator Zabytków, zaproponowała zmianę wystroju wnętrza kościoła i pozostawienie starych malowideł.
Proboszcz ks. Krzysztof Cyliński stwierdził, że nie czuje się upoważniony do podejmowania decyzji o zmianie wystroju kościoła. Po konsultacji ze Społecznym Komitetem Odbudowy podjęto decyzję o zorganizowaniu spotkania parafian z panią konserwator. Podczas tego spotkania mieliśmy możliwość wysłuchania propozycji pani Nekandy-Trepki. Najcenniejsze według konserwatorów są postacie czterech aniołów na bocznych ścianach prezbiterium. Ich autorem jest malarz salezjanin ks. Wincenty Kilian. Zachowały się w całkiem niezłym stanie. Na tylnej ścianie prezbiterium było duże malowidło, z którego pozostały tylko boczne fragmenty przedstawiające socrealistyczne postacie. Centralna część została przykryta tynkiem, na tle którego wisi krucyfiks. Było one malowane przez inną osobę i z powodu fragmentaryczności i jedynie historycznej wartości nie było proponowane do odsłonięcia. Pozostałe dwa malowidła znajdują się na ścianach za ołtarzami bocznymi. Są one w dużo gorszym stanie od pozostałych i mają liczne uszkodzenia i ubytki tynku.
Wszyscy obecni na zebraniu opowiedzieli się za całkowitym przywróceniem wnętrza kościoła sprzed pożaru. Wynikiem spotkania z panią konserwator było ustalenie, że robimy szczegółowy projekt prac remontowych i odtwarzanego wnętrza i składamy do zatwierdzenia pani konserwator.
Pomimo zaangażowania i poświęcenia wszystkich wciągniętych w prace remontowe proces odbudowy kościoła przeciągał się znacznie poza przewidywane terminy.>
Długo martwiliśmy się, czy konserwatorom uda się odzyskać płaskorzeźby drogi krzyżowej. Gipsowe figury odnowione „chwilę” przed pożarem, wypaliły się w żarze, sczerniały i nabrały metalicznego wyglądu. Miało to swój urok, ale pojawiły się także pęknięcia i liczne odpryski, które mnożyły się zastraszająco w trakcie prac remontowych. Niestety, stacje drogi krzyżowej są zamocowane bezpośrednio do drewnianej ściany kościoła i nie było możliwe zdemontowanie ich. Na szczęście udało się je wyremontować i teraz nabrały zupełnie nowego wyglądu.
Udało się uratować i przywrócić do blasku stół ołtarzowy, pulpit i chrzcielnicę. Niestety nie nadawały się do remontu ołtarze boczne ze wspaniałymi inkrustacjami. Ale mamy już nowe, równie wspaniale wykonane, z identycznymi zdobieniami.
W ramach prac remontowych zostały wykonane także nowe instalacje elektryczne: oświetleniowe, zasilania, nagłaśniania, dogrzewania (promienniki), antywłamaniowa i czujki dymowe.
Założeniem projektu było odtworzenie wnętrza kościoła dokładnie takiego, jakie było przed pożarem. I takie właśnie zostało wykonane. Do wyremontowanego wnętrza zaczęły przybywać nowe elementy: obrazy i rzeźby, które są darami od parafian i nie tylko. Nadały one nowy charakter wnętrzu, dodały mu elegancji.
Dorota Rzadkiewicz
teksty pochodzą ze strony miesięcznika Eko-U nas